To takie małe, składające się z sześciu liter, niby nic nieznaczące słowo, ale mówiące wszystko.

Mroźne temperatury, brak słońca i śnieg przez krótki czas spowodowały, że przestałam istnieć. Najchętniej zakopałabym się pod kołdrę i przespała ponure dni. Problem w tym, że zimy mamy trzy- cztery miesiące w roku, a wyłączenie się na tyle nie jest realnie możliwe.

Gdy za oknem śnieg…

… ja jestem nieszczęśliwa. Inni publikują zdjęcia na śniegu na portalach społecznościowych, a mi na sam widok zimno. Wystarczy zero stopni, żebym miała stale zmarznięte ręce, a nabyty w ostatnich czasach tłuszczyk wcale nie pomaga w przetrwaniu, tylko przypomina o tym, że brak mi ruchu.

Gdy zaświeciło słońce, jak napędzany Króliczek Duracella, zaczęłam tryskać energią i cieszyć się życiem. Chciało mi się śpiewać, tańczyć, śmiać, a moje szczęście wydawało się nie mieć końca. Trwało… dwa dni.

Mego (nie)męża mam wpisanego w kontaktach jako Niedźwiedź (bo Misiu jest oklepany i często używany). Mnie też powinien tak wpisać, ale z innego powodu. Najchętniej przespałabym mroźne, pochmurne dni, gdzie nic się nie chce, a jedynym wybawieniem jest książka.

Nasz związek też trochę oberwał przez zimową aurę, więc na każdym polu wszystko odhaczone. Ale jak to miłości przystało, kiedyś trzeba było porozmawiać i się dogadać.

Żeby było bardziej prześmiewczo, tak mnie ta pogoda zdesperowała, że nie umiałam pociągnąć dwóch szkiców, które wcześniej przygotowałam. Mam je napisane w połowie i dostałam kryzysu piśmienniczego. Miałam również inne powody, by ich nie kończyć.

Jak widać, ja również mam gorsze dni, w których się poddaję i nie mam ochoty na walkę. Ale grunt to wyjść z tego śnieżnego dołka, bo ileż można zwalać winę na pogodę? 😉

A Wy jak się trzymaliście przy minusowych temperaturach? Jak humory i endorfiny?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *